Informujemy, że w ramach naszej witryny korzystamy z plików cookies. Pozostając na naszych stronach wyrażasz zgodę na stosowanie ich. Więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.
AKCEPTUJĘ
BIPISAF
Historia

Historia żeglarstwa olimpijskiego


Polskie żagle na pierwszy medal olimpijski musiały czekać niemal sto lat /1996 rok/. Żeglarstwo bowiem jako dyscyplina olimpijska zadebiutowało w Paryżu w 1900 roku na nowożytnych Igrzyskach II Olimpiady.


Pierwsze regaty olimpijskie rozgrywano na Sekwanie w pobliżu miejscowości Meulan i na morzu w okolicach Hawru. Rywalizowano w tzw. klasie Open oraz w sześciu klasach według formuły pomiarowej opartej na Thames Maesurment Rule. Do zawodów zgłoszono 42 łodzie. Nie było wówczas ograniczeń co do liczby reprezentacji z jednego kraju, zatem na przykład w klasie 0,5 tony Francuzi wywalczyli wszystkie medale. Innym niecodziennym wydarzeniem tych regat było zdobycie przez załogę jachtu „Scotia" dowodzonej przez Lorne C. Currie dwóch złotych medali w różnych klasach /0,5 – 1 tony i Open/. Jest to jedyny taki przypadek w historii współczesnego żeglarstwa olimpijskiego.

Jachting był już obecny na pierwszych nowożytnych igrzyskach w Atenach w 1896 roku. Żeglarstwo było wówczas, mówiąc dzisiejszym językiem, dyscypliną pokazową. Zapowiadana prezentacja jednak nie odbyła się z powodu sztormu. Sam fakt istnienia żeglarstwa we współczesnym ruchu olimpijskim wydawał się sprawą przesądzoną. Co prawda w roku 1904 na igrzyskach w amerykańskim St. Louis konkurencji żeglarskich nie rozgrywano. Głównie z powodu problemów z transportem sprzętu z Europy daleko w głąb USA.

Z kolei następne regaty olimpijskie – Londyn 1908 – organizacyjnie dalekie były od ideału. W klasie 7 m zgłosił się tylko jeden jacht. Co ciekawe jego załoga /w tym pierwsza kobieta – Frances Rivett-Carnac/ otrzymała złote medale olimpijskie. Natomiast w klasie 15 m na starcie nie pojawił się żaden jacht. Mimo niedociągnięć organizacyjnych istotne było jednak to, że u boku nowożytnego ruchu olimpijskiego żeglarstwo wciąż się rozwijało, tym bardziej że sportowy charakter i sprawniejsza logistyka regat w Sztokholmie w 1912 roku pozwalała z optymizmem patrzeć w przyszłość.

Polskie igrzyska

Polacy dołączyli do olimpijskiego żeglarstwa niemal ćwierć wieku od jego debiutu na igrzyskach. W 1924 roku w Paryżu inż. Edward Bryzemejster wystartował na jednoosobowym monotypie. Rywalizacja na Sekwanie w pobliżu Meulan rozpoczęła się jednak od eliminacji. Po pierwszym dniu żeglowania Bryzemejster napisał w swoim sprawozdaniu: „...toru ani łodzi nie znam. Widzę, że szanse moje są minimalne...". Ocena okazała się trafna, ale ważne było, że odradzająca się Polska zaistniała wreszcie na scenie olimpijskiego jachtingu. Inną korzyścią wynikającą z decyzji o udziale Polaka w igrzyskach olimpijskich było powstanie Polskiego Związku Żeglarskiego, który miał zająć się koordynacją przygotowań startu naszego zawodnika. Cztery lata później w Amsterdamie do startu zgłosiło się już dwóch naszych reprezentantów w klasie Dinghy 12 stóp. Najpierw w eliminacjach startował Władysław Krzyżanowski /8. miejsce/, w kolejnych wyścigach zastąpił go Adam Wolff. Ostatecznie na listach z wynikami widnieje nazwisko Krzyżanowskiego na 18. pozycji. W 1932 roku Polacy podczas igrzysk w Los Angeles w San Pedro się nie pojawili, a to z powodu zbyt wielkich odległości i kosztów transportu.
W berlińskich igrzyskach w 1936 roku w Kilonii wystartowaliśmy w dwóch klasach. W Olympia-Jolle Leon Jensz w jednym wyścigu był nawet trzeci. Zakończył jednak olimpijskie zmagania na 18. pozycji. W R-6 na jachcie „Danuta" pod wodzą Janusza Zalewskiego wystartował m.in. późniejszy konstruktor Omegi – Juliusz Sieradzki. Start polskiego jachtu nie był jednak nazbyt udany.
Zniszczenia wojenne, sytuacja polityczna czy w końcu problemy organizacyjne /odległość i koszty/ sprawiły, że polscy żeglarze długo nie mogli poprawić swych olimpijskich dokonań. Polskich żagli zabrakło na igrzyskach olimpijskich pięć razy z rzędu /lata 1948 – 1964/.
Powrót po latach
Dopiero w 1968 roku w Meksyku pojawili się Andrzej Zawieja na Finnie oraz Andrzej Iwiński i Ludwik Raczyński na FD. Dwunaste miejsce Zawiei to i tak sukces, zważywszy na możliwości w przygotowaniach i różnice sprzętowe Polaków. Cztery lata później do Kilonii pojechała solidna ekipa w pięciu klasach. Liczba nie przeszła jednak w jakość. Jedynie ósme miejsce załogi Solinga można było uznać za zadowalające.

W 1976 roku w kanadyjskim Kingston zakwaterowano tylko jednego zawodnika z Polski. Ryszard Blaszka swój udział zaznaczył 16. lokatą. Na Igrzyskach Olimpijskich Moskwa '80 regaty rozgrywano na wodach Zatoki Tallińskiej. Polska reprezentacja wystawiła największą do tej pory liczbę załóg. Leon Wróbel i Tomasz Stocki w klasie 470 zajęli wówczas piąte – najlepsze jak na tamten moment – miejsce w olimpijskich startach Polaków. Dobrą lokatę przysłaniała, niestety, świadomość braku światowej czołówki spowodowanego bojkotem igrzysk przez kraje zachodnie.
Prawdziwa frustracja przyszła jednak, kiedy okazało się, że państwa bloku wschodniego w odwecie nie wyślą swoich sportowców na regaty olimpijskie do Los Angeles w 1984 roku. Kiedy więc my dusiliśmy się we własnym sosie podczas Międzynarodowych Zawodów „Przjaźń' 84" /wywalczyliśmy tam trzy medale/, Russell Coutts stawał u progu światowej kariery, zdobywając złoto w klasie Finn.
Cztery lata później w Pusan na Igrzyskach Seul '88 wystartowaliśmy w dwóch klasach – Lechner i Finn. Konfrontacja nie wypadła imponująco. Trochę lepiej było w Barcelonie, ale rezultat Joanny Burzyńskiej na Lechnerze wypadł nieco poniżej oczekiwań.

Era Mateusza


Mimo ambitnych planów i starannych przygotowań wszystkie ówczesne starty Polaków na regatach spod znaku pięciu kółek były w istocie żmudnym przecieraniem olimpijskiego szlaku. Prawdziwy przełom nastąpił w 1996 roku w Atlancie. Mateusz Kusznierewicz stał się jedną z największych niespodzianek rywalizacji w Savannah. Polak, dystansując o wiele bardziej doświadczonych i utytułowanych rywali, zdobył pierwszy medal olimpijski dla naszego kraju. Dla kibiców w kraju była to podwójna radość, bo medal miał najszlachetniejszy z olimpijskich kolorów. Niespodzianka z Savannah szybko przestała być sensacją. Mistrz olimpijski skutecznie zaczął udowadniać swoją przynależność do światowej czołówki w regatach najwyższej rangi.

Cztery lata wystarczyły, aby na regaty olimpijskie na antypodach Mateusz jechał w roli jednego z murowanych faworytów. Brak szczęścia, czy niezbyt udana logistyka przygotowań sprawiły jednak, że obrońca tytułu z Atlanty zajął w Sydney tylko czwarte miejsce.
Dużo lepiej wyglądała walka na Zatoce Sarońskiej podczas regat olimpijskich w Atenach w 2004 roku. Szczególnie obiecująco wypadł początek tych zmagań. Po pierwszych wyścigach bowiem liderami w swoich klasach byli Mateusz Kusznierewicz /Finn/ i Przemysław Miarczyński /Mistral/. Później jednak sporo złego narobili nam sędziowie. Jedni dostrzegali falstarty, których prawdopodobnie nie było – tak jak u Mateusza Kusznierewicza, drudzy bali się puszczać wyścigi przy silnym wietrze – co praktycznie pozbawiło szans na medal Przemysława Miarczyńskiego. Koniec końców znów najwięcej olimpijskich emocji dostarczył nam Mateusz. Nasz reprezentant toczył zaciętą walkę o medal aż do ostatniego wyścigu. Mimo dwóch falstartów /jeden bardzo kontrowersyjny, w drugim Mateusz wrócił na start/ Polak do końca miał szansę nawet na srebro. W decydującym starciu popłynął koncertowo. Wygrał ostatni wyścig i tylko dwa punkty zdecydowały o tym, że cieszyliśmy się z brązowego medalu zamiast srebrnego. Była to jednak radość ogromna, bo dająca nam już drugi w historii medal olimpijski – wywalczony w naprawdę dramatycznych okolicznościach.
Blisko medalu był także Przemysław Miarczyński. Nasz reprezentant w klasie Mistral zajął piąte miejsce, ale pokazał, z jaką determinacją można walczyć na najważniejszej imprezie czterolecia. Gdyby zresztą choć przez jeden dzień solidnie powiało, przywieźlibyśmy z Aten dwa olimpijskie medale. Zosia Klepacka zapłaciła pod Akropolem frycowe olimpijskiego debiutanta i zajęła 12. miejsce. Teraz ma na koncie tytuł mistrzyni świata i dobre starty w Pucharze Świata. Tak bojowo jak do chińskich igrzysk nie była zapewne nastawiona do żadnej imprezy.
W Grecji zabrakło nam pełni szczęścia, ale wszystko to możemy powetować sobie w Qingdao. Wystarczy, by do wielkich ambicji i wspaniałego talentu naszych żeglarzy dołączyła jeszcze odrobina szczęścia. Wtedy będą to dla nas naprawdę historyczne igrzyska.

Autor: Paweł Paterek „Żagle”